Od kiedy tylko pamiętam, zawsze kochałam zwierzęta i starałam się im pomagać, jak tylko potrafiłam. Ale od dziecka najbardziej fascynowały mnie konie. Namawiałam mamę, żeby posadziła mnie na konia, gdy byłam jeszcze na to za mała. Poznałam wiele stadnin, ale najbardziej zafascynowała mnie Hamernia, bo widać tam z jaką miłością właściciele dbają o konie. Przyjeżdżają tam zwierzęta po przejściach, czasami agresywne, stare, schorowane. A dzięki dobroci, którą dostają w Hamerni, stają się naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Mogą dożyć spokojnej starości bez bólu czy wykorzystywania ich. Konie mają tam wspaniałe warunki: łąki, soczystą trawę, bardzo czyste boksy.
Na podwórku Hamerni można spotkać szczególne zwierzęce „osobistości”: sławnego gołębia Alfreda, który, najprawdopodobniej, podczas zawodów gołębi, zatrzymał się w Hamerni i tak stacjonuje tam już dwa lata, dumnie spacerując po podwórku, jakby był właścicielem tego obiektu. Są cudowne psiaki: Kajkusia i Kokosza oraz znaleziony na ulicy kotek bez jednej łapki. Teraz wdrapuje się na drzewa i czuje się jak u siebie w domu.
Ale w tym miejscu nie zawsze była stadnina koni. Historia sięga XVI wieku. Wtedy znajdował się tam młyn, czego dowodzą zapisy z 1564 roku. Pani Aleksandra, która zarządza obecnie Hamernią, twierdzi, iż młyn mógł wybudować król Kazimierz Wielki, ponieważ w jakiś sposób musiał wykarmić swoje wojsko na zamku w Ojcowie.
Młyn został zniszczony w drugiej połowie XVII wieku, w czasie potopu szwedzkiego. Później został odbudowany, a w 1713 roku król August II oddał go Ambrożemu Reyschofowi. Ten natomiast przerobił młyn na kuźnię i nazwał ją właśnie Hamernią, gdyż ,,hammer” w języku niemieckim oznacza młot. W 1744 sprzedał kuźnię Zofii i Józefowii Szweygierom – pozostała ona w rękach ich rodziny ponad 100 lat.
Garnki, sagany, konwie, dzbanki, wanny i dachówki, a nawet ówczesny sprzęt laboratoryjny – to wszystko powstawało wówczas w Hamernia. Kuźnia zaspokajała 30% zapotrzebowania miasta Kraków na te artykuły użytkowe. Obecnie można zobaczyć w kościele w Smardzowicach koronę na chrzcielnicy, wykonaną w XVIII w. właśnie w Hamerni.
Rodzina Szweygierów i ich potomkowie, produkowali w kuźni białą broń i proch strzelniczy najpierw dla powstańców kościuszkowskich, a także podczas powstania listopadowego, po którego upadku Jędrzej Szweygier został wywieziony do Warszawy, gdzie skazano go na karę śmierci. Rodzinie udało się jednak wykupić go i wrócił do domu. W 1863 roku, w czasie powstania styczniowego, syn Jędrzeja zaczął na nowo produkcję broni, przez co został wygnany z kraju, bez możliwości powrotu, a kuźnię doszczętnie zniszczono, by nie mogła dalej pracować. Jego żona wraz z dziećmi mogła tam zostać, ale nie radziła sobie ze zrujnowaną kuźnią, więc postanowiła ją sprzedać. W wywiadzie, zamieszczonym w książce „Życie nad Prądnikiem. Wspomnienia mieszkańców” pani Aleksandra opowiada, że kuźnię wykupił jej dziadek – Tomasz Orczyk. Na początku nie miał zamiaru tu zamieszkać, ale losy potoczyły się inaczej. Kuźnia została przystosowana do warunków mieszkalnych. Podłogę podwyższono, a cała reszta, czyli komin, ściany, dach – pozostały nienaruszone.
W Hamerni konie były już podczas II wojny światowej. Żołnierze rekwirowali je na wojnę. Niestety, w książce ,, Życie nad Prądnikiem”, gdzie przeczytałam wywiad z panią Aleksandrą, nie znalazłam informacji, od kiedy pojawiły się one w Hamerni. Na pewno zwierzęta domowe i gospodarskie były tam już w XVIII wieku i pozostały aż do dnia dzisiejszego.
Jeśli chcecie ogrzać swoje serce w miejscu pełnym miłości do zwierząt, przede wszystkim do koni, i odpocząć, to polecam – odwiedźcie Hamernię!
W pracy nad tekstem korzystałam z książki – „Życie nad Prądnikiem. Wspomnienia mieszkańców”.
autorka tekstu: Zofia Francuz