Żal pani Helenie, że ludzie się dzisiaj tak spieszą, że z nosem w smartfonach siedzą, że społeczeństwo się zamyka we własnych małych światach. Kiedyś spotykali się bez szczególnego powodu, rozmawiali ze sobą, domy nie były ogrodzone, przechodziło się przez pola i ogrody, żeby najkrótszą drogą dotrzeć do celu. W centrum Przybysławic w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych obok stawu była studnia. Bo nie każdego stać było na luksus posiadania własnej. Tu spotykali się mieszkańcy, by czerpać wodę. Mała Helenka też przychodziła z rodzicami. Ludzie stali, rozmawiali, mieli czas. Albo taka pralka Frania… Kolektywna była, egzemplarz na całą wieś, pożyczali ją raz jedni, raz drudzy, żeby wielkie pranie zrobić. To były czasy!
Tata Heleny Wiśniewskiej był sołtysem przez pięć kadencji. Wtedy sołtys to był ktoś. „Ktosiem” była też nastoletnia Helena, którą tato posyłał czasem do ludzi, żeby za niego załatwiała różne sprawy, bo on był zajęty przy żniwach albo w gospodarstwie. I rezolutna Helena prowadziła komisję do spraw odszkodowań po gradobiciu do kogo trzeba było. Albo weterynarza z Krakowa, co tu nikogo nie znał, do rolników, bo mieli obowiązek zaszczepić bydło. Roznosiła nakazy płatnicze, bo pocztą nikt takich zawiadomień wtedy nie wysyłał. Nie było problemów z ludźmi, byli mili. No, chyba, że się z komornikiem przyszło i chodziło o duże kwoty… Ale to była odważna i rezolutna nastolatka!
W szkole zawsze pełniła jakąś funkcję w samorządzie, najczęściej skarbnika. A potem została ekonomistką. Ścisłe organizacyjne myślenie. Razem z tatą licząc, do dzisiaj – pamięta siedmiu sołtysów.
Jako trzydziestoparolatkę członkinie Koła Gospodyń Wiejskich wybrały Helenę Wiśniewską na swoją przewodniczącą, a to przybysławickie Koło jest najstarsze w gminie – wkrótce będzie świętować 70 – lecie. I tak zaczęła się jej działalność społeczna. W radzie sołeckiej jest od trzydziestu lat, przez dwanaście była radną gminy Zielonki. Za swój największy sukces uważa powstanie budynku sołeckiego w Przybysławicach – miejsce spotkań od czternastu lat. I poziom kultury się podnosi, i tańce też można zorganizować. Wszystko w jednym miejscu. O szkołę dużą i nowoczesną też zabiegała i udało się – powstaje w Przybysławicach przy ulicy Krakowskiej.
Helena Wiśniewska właściwie jest Haliną, tak została ochrzczona, utrzymywali jej rodzice. Ale kiedy Helena/Halina skończyła 18 lat, to Stanisława Knapik, która wówczas drukowała i wydawała dowody osobiste, oznajmiła, że w księgach parafialnych stoi jak koń – Helena. Ksiądz bowiem uznał, że Helena świętą była, a Halina to jakieś dziwactwo i wymysły. I tak Halina otrzymywała już wszystkie dokumenty jako Helena. Ale dla rodziny i tak została Haliną!
Kiedy się rozmawia z panią Heleną, to słychać, że Koło Gospodyń wiejskich jest bardzo bliskie jej sercu. Jest w tej grupie coś, co odchodzi w przeszłość: wieczorne spotkania, plecenie wieńca dożynkowego, robienie wielkich palm przed Wielkanocą czy haftowanie gorsetów. Bo wszystkie członkinie mają własnoręcznie haftowane regionalne stroje krakowskie. Helena Wiśniewska poświęciła na swój całą zimę. Jest cierpliwa i pomysłowa. Czasem siada, zamyśli się i rymy same przychodzą do głowy. Np. o budynku sołeckim, po zakończonej budowie:
Dziękujemy wszystkim
Którzy się troszczyli
I wiejski budynek
Do góry wznosili
Albo o najbliższej okolicy, zachęcając do spacerów:
W tym małym lesie korzkiewskim
Na skraju zamek się kryje
Naprzeciw kościół na wzgórzu
A dołem rzeka się wije
Słynne wielopiętrowe torty, które robiła, to już przeszłość. Słodyczy jest teraz pełno, a taki tort to ogrom pracy. Chociaż Helena Wiśniewska nie boi się pracy dla innych, to teraz motywuje młodszych od siebie, żeby się angażowali w pracę na rzecz lokalnej społeczności. Chociaż łatwo nie jest, to ona – jak przez całe życie – nie odpuszcza. Sobie i innym.