Taka wygódka tylko u nas!
Z zewnątrz wygląda jak oryginalna budka telefoniczna. Albo jakaś tajemnicza kapliczka. Może to też być domek, w którym żyje się tylko na stojąco.
Ale kiedy przekręcicie drewniany uchwyt w formie kwiatka i otworzycie drzwi, to w środku zobaczycie tron, na wysokości ponad metra, ukoronowany sedesem! Muzeum Hebla i Galeria Barwy Ziemi rozrasta się organicznie: niespiesznie, pączkując starannie dobranymi pomysłami. Ta „sławojka” jest jednym z nich.
Ponieważ nasze Stowarzyszenie, które prowadzi Muzeum, ma w statucie wpisaną działalność w obszarze ekologii i ochrony bioróżnorodności środowiska naturalnego, dlatego ta artystycznie zbudowana toaleta, recyklingowy handmade, to nie wychodek z dziurą w ziemi. Dlatego na sedes trzeba dostać się po schodku, ponieważ w środku jest wysoki i wąski, ale szczelny plastikowy pojemnik. Po prawej stronie znajduje się pisuar, który jest spłukiwany po umyciu rąk tzw. szarą wodą, z kanistra zawieszonego powyżej. A wszystko trafia do biologicznej oczyszczalni tuż obok „sławojki”.
Taki pomysł „sedesu na tronie” szczególnie podoba się dzieciom, które biorą udział w warsztatach, jeszcze korzystając z ciepłej jesiennej pogody.
Warto wybrać się do Przybysławic, w sąsiedztwie korzkiewskiego zamku, żeby zobaczyć nasze miejsce i skorzystać z artystycznej toalety.
Winnica Pańskie Łąki - od przypadku do pasji
Za Andrzejowym domem w Korzkwi była po prostu wielka stroma góra. Wiadomo, co się może wydarzyć, kiedy przyjdzie ulewa – masy ziemi spływają w dół. Pan Roman Kwiecień – człowiek od prac budowlanych i sprytnych pomysłów, zrobił za domem tarasy, pnące się w górę. To nie pomogło. Przyszła ulewa i tarasy spłynęły.
Andrzej przywiózł z wycieczki do Zawoi młode brzózki i od razu pojechał na budowę. Posadził je w nocy, przyświecając sobie latarką czołówką. Posadził krzywo, ale pomyślał, że się dostosują i wyprostują. Pomógł im palikami. Wtedy żona Ala powiedziała: To wygląda jak winnica. Winnica…? Czemu nie! I Andrzej kupił w markecie budowlanym pierwsze sadzonki. Pierwsze koty za płoty! Sadzonki też spłynęły wraz z ulewą.
Zabrał się więc za to solidnie. Poznał Romana Myśliwca – winiarskiego guru z Jasła, zwanego Polskim Dionizosem. Dowiedział się, co i jak sadzić. Sadził popołudniami, po pracy, sadził w nocy, bo wtedy jeszcze rodzina Domagałów nie mieszkała w Korzkwi – dom dopiero powstawał. Razem z nim rosła też winnica. Chociaż trzeba uczciwie powiedzieć, że to miał być „tylko” ogród winoroślowy – estetyczny widok, czysto wizerunkowy pomysł. Ale kiedy pojawiły się owoce, głowa Andrzeja zaczęła pracować…
2007 rok – pierwszy zbiór, ręczne wyciskanie przez tetrowe pieluchy. I 80 litrów własnego wina! A potem Andrzej kupił prasę i zaczęło się wyciskanie na większą skalę.
Dzisiaj w winnicy Pańskie Łąki rosną odmiany hybrydowe. Białe – Bianca i Jutrzenka oraz czerwone – Regent, Marechal Foche, Cabernet Cortis. W 2012 na kongresie winiarzy w Łańcucie Regent i Marszałek zostały wysoko ocenione.
Że winnice w Polsce, pod Krakowem? Dlaczego nie! Skoro wino produkuje zimna Kanada i deszczowa Anglia, to dlaczego nie w Polsce? Odmiany hybrydowe są odporne na mróz, owoce można zbierać w październiku.
Winiarze butikowi – do tak uroczo nazwanej grupy zalicza siebie winiarz Andrzej Domagała z Korzkwi. Jego winnica Pańskie Łąki to 10 arów i 350 krzewów winorośli. Nieustannie je odnawia, dosadza kolejne. Jego naturalnymi nieprzyjaciółmi są ptaki, które przylatują tu jak do darmowej stołówki. Trzeba chronić winorośl siatką. Kosy i szpaki to prawdziwa plaga. Był rok, kiedy Andrzej zebrał pół wiaderka winogron… Ale bywają i lata tłuste – taki był 2018: 350 litrów wina!
We włoskich winnicach podpatrzył, że między winoroślą sadzi się różane krzewy. Piękny widok, uczta dla oka estety. Ale ma to i praktyczną stronę – kiedy róże zaczynają chorować, to i winorośl będzie za chwilę mieć problemy.
Na świecie jest nadprodukcja wina. Dlatego Andrzej Domagała uważa, że nadchodzi czas małych upraw połączonych z jakąś historią tego miejsca. Winnica Pańskie Łąki, to właśnie takie połączenie.
Minimuzeum z przyszłością
Muzeum Hebla i jego kolekcja ma swój początek w historii rodzinnej i sąsiedzkiej. Od taty i dziadka dostaliśmy „w spadku” część tej kolekcji, a drugą – od dawnej sąsiadki – Pani Heleny – której ojciec był stolarzem.
Eksponaty długo czekały w drewnianych skrzyniach, żeby ujrzeć światło dzienne. I w końcu nadszedł ten moment!
Fundacja Inicjatyw Obywatelskich ogłosiła w 2019 roku konkurs na granty dla stawiających pierwsze kroki młodych organizacji pozarządowych. Stowarzyszenie „Barwy Ziemi” wysłało swój pomysł i projekt pt. „Zanim mechanizacja opanowała świat” spodobał się. Dostaliśmy dofinansowanie i tak w miejscu starego kurnika, po remoncie i przystosowaniu, powstało na piętnastu metrach kwadratowych Muzeum Hebla.
Jeśli chcecie zobaczyć, jak ludzie pracowali na początku ubiegłego wieku, kiedy mieli do dyspozycji narzędzia nie zasilane prądem, siłę własnych mięśni, wiedzę przekazywaną przez pokolenia i sąsiedzką pomoc, to tutaj dowiecie się, jak to kiedyś było…
Do kolekcji zdążyły już dołączyć eksponaty podarowane przez ludzi, którym spodobała się ta idea i mieli u siebie narzędzia pracy sprzed epoki mechanizacji. Jesteśmy wdzięczni za te prezenty!
Młodzi ludzie, którzy tu przychodzą, często nie mieli okacji wbijać gwoździ młotkiem czy wykonywać innych prac z użyciem prostych, oryginalnych narzędzi ludzkiej pracy. W naszym Muzeum maja okazję odkryć swoje umiejętności i rozwijać to, czego do tej pory nie mieli okazji poznać i spróbować.
Znaczna część Muzeum Hebla i jego otoczenia została zrewitalizowana przy użyciu materiałów z recyklingu, głównie drewna i gwoździ. To tutaj możecie zobaczyć, jak sto lat temu wygladała tak modna dzisiaj koncepcja “zero waste”.
Srebrny Korek dla winnicy Przybysławice
Winnica „Przybysławice”…? To idealnie pasuje do tytułu naszej gazetki! Trzeba więc było zobaczyć, jak ona wygląda. Tym bardziej, że na facebookowym profilu i stronie internetowej świetnie prezentują się butelki wina z tej winnicy z gustownymi, ciekawie zaprojektowanymi etykietami.
Marcin Litwa pochodzi z Przybysławic. Dziadek skrzętnie dokumentował historię tej miejscowości, tata nadal tu mieszka, podobnie jak większość rodziny. Marcin – teraz już krakowianin – sercem pozostał w Przybysławicach i tu właśnie założył winnicę. Na południowym stoku, ponad 300 m n. p. m. z widokiem na Kraków, a przy dobrej pogodzie i braku smogu – także na Tatry. Idziemy między starymi drzewami owocowymi, tradycyjnymi uprawami, ale i eksperymentalnie w tym roku posadzonymi przez tatę arbuzami i melonami. I wreszcie jest winnica!
Pomysł na nią ma włoskie korzenie. Marcin z żoną przed kilku laty zarazili się urodą włoskich winnic. W 2013 Marcin Litwa zdecydował – będzie uprawiał winorośl i robił wino. Nikt z rodziny nie miał nic przeciwko temu, żeby na 30 arach wyciąć stare czereśnie i rozpocząć uprawę. Najpierw trzeba było przygotować glebę, bo pod wino musi mieć odpowiednie PH, mikro- i makroelementy. Trzeba ją przeorać i napowietrzyć. Wreszcie! W 2014 roku odbyły się pierwsze nasadzenia – 1200 krzewów. Odmiany hybrydowe, dopasowane do tutejszego klimatu, odporne na mróz i grzyby. W winnicy „Przybysławice” pojawiły się najpierw odmiany: na wina czerwone – Leon Millot, Marechal Foch, Regent, Rondo Cabernet Cortis oraz Solaris, Seyval Blanc, Johanniter i Hibernal – na wina białe. Niektóre z nich później zostały wykarczowane i zastąpione innymi.
Przed rokiem można było świętować – Marcin wyprodukował po raz pierwszy naturalnie musujące białe wino. Takie, którego fermentacja kończy się w butelce i stąd biorą się bąbelki. Być może słowo „produkcja” nie pasuje do takich upraw, jak ta. Przybysławicki winiarz podkreśla, że nie stosuje herbicydów, a opryski ogranicza do niezbędnego minimum. Chociaż nie ma certyfikatu uprawy ekologicznej, to swoje wino wytwarza w sposób naturalny, a nawet…wegański! Czyli bez dodatków pochodzenia zwierzęcego.
Przywiązanie do tradycyjnego rolnictwa powoduje, że kiedy się ogląda tę winnicę, stary sad owocowy, uprawy, łąkę, to ma się poczucie, że czas się tu zatrzymał. A do tego zbiór owoców w towarzystwie rodziny i przyjaciół, sprawia, że czują się wszyscy jak na winobraniu we Francji. Rano zbierają winogrona, potem siedzą, rozmawiają, piją wino. Po prostu inny świat!
„Moja praca przy pielęgnacji winnicy i produkcji wina to nieustanna nauka oparta na doświadczeniach własnych, jak i doświadczeniach innych polskich winiarzy – moich przyjaciół.” – pisze na stronie internetowej Marcin. W planach ma kolejne 30 arów rodzinnej ziemi pod winorośl i znowu 1200 sadzonek. Tyle na razie wystarczy, bo winnica to druga praca. Ale dla pasjonatów – także ogromna przyjemność.
Kto nie pija wina, ten raczej wybiera słodkie, twierdzi Marcin, a wino w produkcji jest wytrawne, bo cukry zgromadzone w gronach w wyniku fermentacji zamieniają się w alkohol. Dlatego jego wina, po zarejestrowaniu działalności, kupują ci, którzy doceniają taki trunek. Opisy tych win znajdziecie na stronie internetowej, napijecie się ich w dwóch wine barach na krakowskim Kazimierzu. Ale najlepiej umówcie się z Marcinem Litwą w jego winnicy, wtedy to wino nie będzie tylko zakupem, ale smakiem i wspomnieniem, które mają realne kształty.
Jak zbliżyć się do świnki?
Jeśli ktoś przygląda się temu z boku, to – nuda… Może dlatego, że tu najważniejsze są opanowanie i spokój . Emocje nie są dobre. Wychodzi ci, kiedy myślisz, że grasz o pietruszkę. Dlatego początkującym idzie jak po maśle. Do czasu… Bo technika jest ważna, a ją szlifuje się przez doświadczenie. Doświadczony gracz wie, jak rzucać, ma swoją taktykę.
Ta gra to bule.
Pochodzi z Francji, tam nazywana jest pétanque. Francuzi grają w nią od stu lat, w Polsce jest obecna od pół wieku, a Piotr Miklaszewski gra w petankę od dwóch dekad. Pierwszy raz zobaczył tę grę w Chorwacji, choć tam mają swoją odmianę kul – są one większe, nie ze stali, gra się na długich betonowych boiskach i wszystko to przypomina nieco grę w kręgle. Grają wyłącznie mężczyźni. Piotrowi i jego koledze udało się dołączyć do chorwackich graczy i tak złapali bakcyla.
A potem była Francja. Tam rzuca się od góry stalowe kule o określonej wadze. W tym wszystkim chodzi o to, żeby jak najwięcej kul postawić przy śwince – małej drewnianej kulce. Każdy gracz ma trzy kule. Francuscy gracze to także mężczyźni, choć tam zdarzyło się Piotrowi i jego żonie Kasi widzieć zespoły złożone wyłącznie z kobiet. Mieszanych drużyn nigdzie nie widzieli. Francuzi noszą najczęściej bule ze sobą i grają gdziekolwiek: na trawniku, na piasku czy gołej ziemi.
Ale Piotr podszedł do sprawy metodycznie i kiedy budował dom, to zbudował także bulodrom, bo już wtedy, 20 lat temu, wiedział, że chce regularnie grać.
Klimat i atmosfera tej gry są wszędzie takie same. Chodzi o popołuniowo – wieczorne spotkanie ludzi, granie, dyskutowanie, sączenie wina, czyli wspólne spędzanie czasu. Piotrowi Miklaszewskiemu bardzo to odpowiada i z korzkiewskimi sąsiadami gra w bule w piątkowo – sobotnie wieczory od wiosny do jesieni. Czasem przyjeżdżają też znajomi gracze z Krakowa. Najlepiej jeśli liczba graczy jest parzysta.
Dorosłych już synów Piotra gra w bule interesuje…umiarkowanie. Trzeba uczciwie przyznać, że to rozrywka dla ludzi dojrzałych, którzy potrafią docenić jej walory – relaks i odskocznię od codzienności. Dla młodych to może być mniej atrakcyjne od innych aktywności.
U Piotra gra się francuskimi kulami, wyprodukowanymi przez legendarną firmę Obut. Oczywiście nie ma co przesadzać z certyfikatami w takiej wyłącznie towarzyskiej obsadzie, a nie zmaganiach zawodniczych, ale chodzi o to, żeby kule były dobrze wyważone, a to gwarantuje profesjonalny producent.
Proszę się jednak nie obawiać – ta aktywność nie wymaga drogiego sprzętu, specjalnego stroju, wykwalifikowanego instruktora ani wysokiej formy fizycznej. Jeśli więc chcemy nawiązywać społeczne więzy lub je podtrzymywać, to warto z przyjaciółmi, sąsiadami, znajomymi zacząć grać w bule.
Tutaj jest raj dla koni!
Od kiedy tylko pamiętam, zawsze kochałam zwierzęta i starałam się im pomagać, jak tylko potrafiłam. Ale od dziecka najbardziej fascynowały mnie konie. Namawiałam mamę, żeby posadziła mnie na konia, gdy byłam jeszcze na to za mała. Poznałam wiele stadnin, ale najbardziej zafascynowała mnie Hamernia, bo widać tam z jaką miłością właściciele dbają o konie. Przyjeżdżają tam zwierzęta po przejściach, czasami agresywne, stare, schorowane. A dzięki dobroci, którą dostają w Hamerni, stają się naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Mogą dożyć spokojnej starości bez bólu czy wykorzystywania ich. Konie mają tam wspaniałe warunki: łąki, soczystą trawę, bardzo czyste boksy.
Na podwórku Hamerni można spotkać szczególne zwierzęce „osobistości”: sławnego gołębia Alfreda, który, najprawdopodobniej, podczas zawodów gołębi, zatrzymał się w Hamerni i tak stacjonuje tam już dwa lata, dumnie spacerując po podwórku, jakby był właścicielem tego obiektu. Są cudowne psiaki: Kajkusia i Kokosza oraz znaleziony na ulicy kotek bez jednej łapki. Teraz wdrapuje się na drzewa i czuje się jak u siebie w domu.
Ale w tym miejscu nie zawsze była stadnina koni. Historia sięga XVI wieku. Wtedy znajdował się tam młyn, czego dowodzą zapisy z 1564 roku. Pani Aleksandra, która zarządza obecnie Hamernią, twierdzi, iż młyn mógł wybudować król Kazimierz Wielki, ponieważ w jakiś sposób musiał wykarmić swoje wojsko na zamku w Ojcowie.
Młyn został zniszczony w drugiej połowie XVII wieku, w czasie potopu szwedzkiego. Później został odbudowany, a w 1713 roku król August II oddał go Ambrożemu Reyschofowi. Ten natomiast przerobił młyn na kuźnię i nazwał ją właśnie Hamernią, gdyż ,,hammer” w języku niemieckim oznacza młot. W 1744 sprzedał kuźnię Zofii i Józefowii Szweygierom – pozostała ona w rękach ich rodziny ponad 100 lat.
Garnki, sagany, konwie, dzbanki, wanny i dachówki, a nawet ówczesny sprzęt laboratoryjny – to wszystko powstawało wówczas w Hamernia. Kuźnia zaspokajała 30% zapotrzebowania miasta Kraków na te artykuły użytkowe. Obecnie można zobaczyć w kościele w Smardzowicach koronę na chrzcielnicy, wykonaną w XVIII w. właśnie w Hamerni.
Rodzina Szweygierów i ich potomkowie, produkowali w kuźni białą broń i proch strzelniczy najpierw dla powstańców kościuszkowskich, a także podczas powstania listopadowego, po którego upadku Jędrzej Szweygier został wywieziony do Warszawy, gdzie skazano go na karę śmierci. Rodzinie udało się jednak wykupić go i wrócił do domu. W 1863 roku, w czasie powstania styczniowego, syn Jędrzeja zaczął na nowo produkcję broni, przez co został wygnany z kraju, bez możliwości powrotu, a kuźnię doszczętnie zniszczono, by nie mogła dalej pracować. Jego żona wraz z dziećmi mogła tam zostać, ale nie radziła sobie ze zrujnowaną kuźnią, więc postanowiła ją sprzedać. W wywiadzie, zamieszczonym w książce „Życie nad Prądnikiem. Wspomnienia mieszkańców” pani Aleksandra opowiada, że kuźnię wykupił jej dziadek – Tomasz Orczyk. Na początku nie miał zamiaru tu zamieszkać, ale losy potoczyły się inaczej. Kuźnia została przystosowana do warunków mieszkalnych. Podłogę podwyższono, a cała reszta, czyli komin, ściany, dach – pozostały nienaruszone.
W Hamerni konie były już podczas II wojny światowej. Żołnierze rekwirowali je na wojnę. Niestety, w książce ,, Życie nad Prądnikiem”, gdzie przeczytałam wywiad z panią Aleksandrą, nie znalazłam informacji, od kiedy pojawiły się one w Hamerni. Na pewno zwierzęta domowe i gospodarskie były tam już w XVIII wieku i pozostały aż do dnia dzisiejszego.
Jeśli chcecie ogrzać swoje serce w miejscu pełnym miłości do zwierząt, przede wszystkim do koni, i odpocząć, to polecam – odwiedźcie Hamernię!
W pracy nad tekstem korzystałam z książki – „Życie nad Prądnikiem. Wspomnienia mieszkańców”.
autorka tekstu: Zofia Francuz
Ta kobieta to ma energię!
Żal pani Helenie, że ludzie się dzisiaj tak spieszą, że z nosem w smartfonach siedzą, że społeczeństwo się zamyka we własnych małych światach. Kiedyś spotykali się bez szczególnego powodu, rozmawiali ze sobą, domy nie były ogrodzone, przechodziło się przez pola i ogrody, żeby najkrótszą drogą dotrzeć do celu. W centrum Przybysławic w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych obok stawu była studnia. Bo nie każdego stać było na luksus posiadania własnej. Tu spotykali się mieszkańcy, by czerpać wodę. Mała Helenka też przychodziła z rodzicami. Ludzie stali, rozmawiali, mieli czas. Albo taka pralka Frania… Kolektywna była, egzemplarz na całą wieś, pożyczali ją raz jedni, raz drudzy, żeby wielkie pranie zrobić. To były czasy!
Tata Heleny Wiśniewskiej był sołtysem przez pięć kadencji. Wtedy sołtys to był ktoś. „Ktosiem” była też nastoletnia Helena, którą tato posyłał czasem do ludzi, żeby za niego załatwiała różne sprawy, bo on był zajęty przy żniwach albo w gospodarstwie. I rezolutna Helena prowadziła komisję do spraw odszkodowań po gradobiciu do kogo trzeba było. Albo weterynarza z Krakowa, co tu nikogo nie znał, do rolników, bo mieli obowiązek zaszczepić bydło. Roznosiła nakazy płatnicze, bo pocztą nikt takich zawiadomień wtedy nie wysyłał. Nie było problemów z ludźmi, byli mili. No, chyba, że się z komornikiem przyszło i chodziło o duże kwoty… Ale to była odważna i rezolutna nastolatka!
W szkole zawsze pełniła jakąś funkcję w samorządzie, najczęściej skarbnika. A potem została ekonomistką. Ścisłe organizacyjne myślenie. Razem z tatą licząc, do dzisiaj – pamięta siedmiu sołtysów.
Jako trzydziestoparolatkę członkinie Koła Gospodyń Wiejskich wybrały Helenę Wiśniewską na swoją przewodniczącą, a to przybysławickie Koło jest najstarsze w gminie – wkrótce będzie świętować 70 – lecie. I tak zaczęła się jej działalność społeczna. W radzie sołeckiej jest od trzydziestu lat, przez dwanaście była radną gminy Zielonki. Za swój największy sukces uważa powstanie budynku sołeckiego w Przybysławicach – miejsce spotkań od czternastu lat. I poziom kultury się podnosi, i tańce też można zorganizować. Wszystko w jednym miejscu. O szkołę dużą i nowoczesną też zabiegała i udało się – powstaje w Przybysławicach przy ulicy Krakowskiej.
Helena Wiśniewska właściwie jest Haliną, tak została ochrzczona, utrzymywali jej rodzice. Ale kiedy Helena/Halina skończyła 18 lat, to Stanisława Knapik, która wówczas drukowała i wydawała dowody osobiste, oznajmiła, że w księgach parafialnych stoi jak koń – Helena. Ksiądz bowiem uznał, że Helena świętą była, a Halina to jakieś dziwactwo i wymysły. I tak Halina otrzymywała już wszystkie dokumenty jako Helena. Ale dla rodziny i tak została Haliną!
Kiedy się rozmawia z panią Heleną, to słychać, że Koło Gospodyń wiejskich jest bardzo bliskie jej sercu. Jest w tej grupie coś, co odchodzi w przeszłość: wieczorne spotkania, plecenie wieńca dożynkowego, robienie wielkich palm przed Wielkanocą czy haftowanie gorsetów. Bo wszystkie członkinie mają własnoręcznie haftowane regionalne stroje krakowskie. Helena Wiśniewska poświęciła na swój całą zimę. Jest cierpliwa i pomysłowa. Czasem siada, zamyśli się i rymy same przychodzą do głowy. Np. o budynku sołeckim, po zakończonej budowie:
Dziękujemy wszystkim
Którzy się troszczyli
I wiejski budynek
Do góry wznosili
Albo o najbliższej okolicy, zachęcając do spacerów:
W tym małym lesie korzkiewskim
Na skraju zamek się kryje
Naprzeciw kościół na wzgórzu
A dołem rzeka się wije
Słynne wielopiętrowe torty, które robiła, to już przeszłość. Słodyczy jest teraz pełno, a taki tort to ogrom pracy. Chociaż Helena Wiśniewska nie boi się pracy dla innych, to teraz motywuje młodszych od siebie, żeby się angażowali w pracę na rzecz lokalnej społeczności. Chociaż łatwo nie jest, to ona – jak przez całe życie – nie odpuszcza. Sobie i innym.
Kupujcie kozy zamiast lekarstw!
Czy znacie Panią Beatę? Nawet jeśli nie Wy, to z pewnością Wasze dzieci! Bo Beata Kwiecień uczy najmłodsze dzieciaki w szkole w Korzkwi i jest – jak o niej mówią – nauczycielką marzeń!
Ale prywatnie Pani Beata miała kłopoty zdrowotne – problemy z żołądkiem, przewodem pokarmowym i do tego – choroba autoimmunologiczna. 10 lat temu ciocia Pani Beaty, góralka, zaczęła przekonywać Beatę i Tomasza, że kozie mleko ma właściwości lecznicze. Inna sprawa, że dzieci u cioci nie lubiły mleka, a kozę trzeba było doić i ciocia miała już tej kozy dosyć.
Mąż – Tomasz – umiał doić i przyrzekł żonie, że nie będzie się musiała tego uczyć. Bardzo miał ochotę hodować tę kózkę. Żona miała tylko pić mleko. I na początku obydwoje je pili. Pani Beata nie była zachwycona tym smakiem. Piła i marudziła, że trudna to sprawa. Aż koleżanka pielęgniarka poradziła jej – „Pij przez rozum”. No, to przytykała nos, zaciskała zęby i cedziła przez nie to kozie mleko.
Żeby mieć cały czas mleko, trzeba pozwolić kózkom się rozmnażać. Znaleziono kawalera dla Balbiny i pojawiły się na świecie młode kózki. Stado się powiększało, mleka było coraz więcej i nie dało się tego wszystkiego wypić. Co z taka ilością zrobić? Mąż Tomek zaczął szperać w internecie i tam przeczytał jak robi się sery. Kupił termometry, praski i zaczął eksperymentować. Rodzina mocno się tym pomysłem zainteresowała i każdy chciał własnego sera koziego spróbować.
Pani Beata coraz więcej czytała o leczniczych właściwościach koziego mleka. Według naukowców przetwory kozie posiadają pozytywne działanie przy anemii, egzemie, chorobach żołądka i jelit, schorzeniach wątroby, oskrzeli i płuc oraz astmie. Ich regularne jedzenie w różnej postaci to profilaktyka przeciw zawałom i chorobom układu krążenia oraz obniżanie poziomu złego cholesterolu we krwi.
Hodowla kóz i robienie serów stało się pasją Tomasza. A żona czuła się na tej „koziej diecie” coraz lepiej.
W maju mieli 16 sztuk, teraz jest 10. Co się stało z tą szóstką…? Mąż prawie płakał, kiedy wujek z rzeźni zabijał capki na mięso. Ale nie mogli zatrzymać wszystkich.
Teraz stado ma optymalna liczbę kóz. Sery zjadają: Pani Beata z mężem, syn z synową, ciocia, która mieszka w sąsiedztwie (reumatoidalne zapalenie stawów – kozie wyroby traktuje jak lekarstwo) i znajomi, kiedy ich Kwietniowie zaproszą. Zawsze żelaznym punktem imprezy jest degustacja kozich serów.
Mówi się, że kozy jedzą wszystko. Ale to, co jedzą, przekłada się później na jakość mleka. Lucerna, koniczyna, owies, buraki pastewne i czerwone, siano, solne lizawki, zawsze świeża woda – kozy mają tu warunki, jak w najlepszym hotelu. Zawsze świeża słoma pod kopytka, to i obornik z tego bardzo dobry. I tak koło natury się zamyka.
Jedna z kóz Kwietniów to „żart” – chłopak z Modlniczki dostał na osiemnaste urodziny kózkę. Rodzice dotarli jakimś sposobem do Beaty i Tomasza i kózka została przez nich przygarnięta.
Balbina, Flexia, Jagódka, Borówka – Tomasz wymyśla imiona dla kóz. Czasem coś mu się z serialu tv spodoba, czasem jakiś pomysł sam przyleci z nieba. Trzeba przyznać – w Przybysławickiej zagrodzie Państwa Kwietniów kozy to mają życie!