Czy znacie Panią Beatę? Nawet jeśli nie Wy, to z pewnością Wasze dzieci! Bo Beata Kwiecień uczy najmłodsze dzieciaki w szkole w Korzkwi i jest – jak o niej mówią – nauczycielką marzeń!
Ale prywatnie Pani Beata miała kłopoty zdrowotne – problemy z żołądkiem, przewodem pokarmowym i do tego – choroba autoimmunologiczna. 10 lat temu ciocia Pani Beaty, góralka, zaczęła przekonywać Beatę i Tomasza, że kozie mleko ma właściwości lecznicze. Inna sprawa, że dzieci u cioci nie lubiły mleka, a kozę trzeba było doić i ciocia miała już tej kozy dosyć.

Mąż – Tomasz – umiał doić i przyrzekł żonie, że nie będzie się musiała tego uczyć. Bardzo miał ochotę hodować tę kózkę. Żona miała tylko pić mleko. I na początku obydwoje je pili. Pani Beata nie była zachwycona tym smakiem. Piła i marudziła, że trudna to sprawa. Aż koleżanka pielęgniarka poradziła jej – „Pij przez rozum”. No, to przytykała nos, zaciskała zęby i cedziła przez nie to kozie mleko.
Żeby mieć cały czas mleko, trzeba pozwolić kózkom się rozmnażać. Znaleziono kawalera dla Balbiny i pojawiły się na świecie młode kózki. Stado się powiększało, mleka było coraz więcej i nie dało się tego wszystkiego wypić. Co z taka ilością zrobić? Mąż Tomek zaczął szperać w internecie i tam przeczytał jak robi się sery. Kupił termometry, praski i zaczął eksperymentować. Rodzina mocno się tym pomysłem zainteresowała i każdy chciał własnego sera koziego spróbować.

Pani Beata coraz więcej czytała o leczniczych właściwościach koziego mleka. Według naukowców przetwory kozie posiadają pozytywne działanie przy anemii, egzemie, chorobach żołądka i jelit, schorzeniach wątroby, oskrzeli i płuc oraz astmie. Ich regularne jedzenie w różnej postaci to profilaktyka przeciw zawałom i chorobom układu krążenia oraz obniżanie poziomu złego cholesterolu we krwi.
Hodowla kóz i robienie serów stało się pasją Tomasza. A żona czuła się na tej „koziej diecie” coraz lepiej.

W maju mieli 16 sztuk, teraz jest 10. Co się stało z tą szóstką…? Mąż prawie płakał, kiedy wujek z rzeźni zabijał capki na mięso. Ale nie mogli zatrzymać wszystkich.
Teraz stado ma optymalna liczbę kóz. Sery zjadają: Pani Beata z mężem, syn z synową, ciocia, która mieszka w sąsiedztwie (reumatoidalne zapalenie stawów – kozie wyroby traktuje jak lekarstwo) i znajomi, kiedy ich Kwietniowie zaproszą. Zawsze żelaznym punktem imprezy jest degustacja kozich serów.
Mówi się, że kozy jedzą wszystko. Ale to, co jedzą, przekłada się później na jakość mleka. Lucerna, koniczyna, owies, buraki pastewne i czerwone, siano, solne lizawki, zawsze świeża woda – kozy mają tu warunki, jak w najlepszym hotelu. Zawsze świeża słoma pod kopytka, to i obornik z tego bardzo dobry. I tak koło natury się zamyka.
Jedna z kóz Kwietniów to „żart” – chłopak z Modlniczki dostał na osiemnaste urodziny kózkę. Rodzice dotarli jakimś sposobem do Beaty i Tomasza i kózka została przez nich przygarnięta.
Balbina, Flexia, Jagódka, Borówka – Tomasz wymyśla imiona dla kóz. Czasem coś mu się z serialu tv spodoba, czasem jakiś pomysł sam przyleci z nieba. Trzeba przyznać – w Przybysławickiej zagrodzie Państwa Kwietniów kozy to mają życie!